Szlakiem bojowym majora „Orlika”

Weekend majowy to doskonały czas, aby ruszyć się z domu i trochę pozwiedzać. Namówiłem żonę na wyprawę do Puław. Za bazę wypadową obraliśmy hotel Prima. Wprawdzie całkowicie inaczej niż mój główny bohater cyklu historyczno-przygodowego (ten nocuje w terenie – pod wojskowymi pałatkami), lecz zamysł powziętej wycieczki był właściwie identyczny: podążyć śladem dramatycznych wydarzeń z przeszłości. Jako że tylko częściowo są to wydarzenia autentyczne, częściowo zaś fikcyjne (obmyślone na potrzeby fabuły), nie wszystkie założone w naszym programie miejsca – wbrew tytułowi posta – dałoby się bezpośrednio powiązać z historią, a ściślej rzecz ujmując: z dziejami zgrupowania majora „Orlika”. Jednak nie ma co ukrywać, że szlak bojowy Mariana Bernaciaka stał się dla nas motywem przewodnim eskapady.

Jeszcze pod wieczór 1 maja, po dotarciu do Puław i zakwaterowaniu się, udaliśmy się pod były Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (ul. Piłsudskiego 93). Dziś mieści się tam Wojskowa Komenda Uzupełnień. 24 kwietnia 1945 roku miejsce to było świadkiem brawurowej akcji partyzantów „Orlika” – w biały dzień, pod nosem kilku tysięcy sowieckich sołdatów stacjonujących w Puławach, rozbito UB i uwolniono przetrzymywanych w tamtejszych kazamatach więźniów politycznych. Akcja ta stanowi jeden z najbarwniejszych epizodów kampanii wiosennej ’45 żołnierzy „Orlika” – a jednocześnie jeden z istotniejszych elementów fabularnych mojej książki.

Następnego dnia już od rana wyruszyliśmy w teren. Zaczęliśmy od Kurowa, gdzie mieści się cmentarz wojenny niemieckich żołnierzy poległych w walkach z Rosjanami w 1915 roku. Natomiast znajdujące się nieopodal miejscowości (Markuszów, Olempin, Kłoda czy Bobowiska) ważne są dla mnie o tyle, iż pełnią swoje role w książce. Jakie? Tego nie zdradzę, niemniej łącząc się ściśle z działaniami I wojny światowej (fakt historyczny), zespalają się także z moją fikcją literacką (zarówno tą współczesną, jak i „historyczną” – z 1945 roku). Chciałem sobie pochodzić i zerknąć z bliska, jak to wszystko wygląda. Tym bardziej że „magiczny” lasek być może powróci w kolejnych tomach.

Potem pojechaliśmy do Skrobowa. Szukaliśmy śladów dawnego obozu NKWD, z którego w marcu 1945 roku zbiegł m.in. Jerzy Ślaski, autor niezwykle cenionej przez mnie książki „Żołnierze wyklęci” (a co najważniejsze – istotnej również dla mojego tekstu). Zresztą w Skrobowie miało miejsce także inne dramatyczne wydarzenie – w lipcu 1944 roku bolszewicy podstępnie rozbroili 27 Wołyńską Dywizję Piechoty Armii Krajowej, która podczas akcji „Burza” po ciężkich walkach wyzwoliła pobliski Lubartów. Przy okazji odwiedziliśmy Kozłówkę i Muzeum Zamoyskich. To oczywiście w ramach uzupełnienia, bo ani z „Orlikiem”, ani z projektowanym cyklem historyczno-przygodowym nic kozłowieckiego pałacu nie łączy (ale bardzo przypadło mi do gustu np. Muzeum Socrealizmu).

Dalej, po ujechaniu wielu kilometrów, szukaliśmy maleńkiego przysiółka Sachalin (niedaleko Cezaryna i Parafianki). To tutaj kwaterowało wojsko „Orlika” przed i po akcji na Puławy. Dla fabuły mojej książki miejsce ważne. Niestety nie odszukaliśmy go. Niby jest gdzieś w lasach, ale gdzie? Czasu nie było na tyle, żeby na piechotę zapuścić się głębiej. Pewnie kiedyś tam wrócę, a na razie muszę poprzestać na dostępnych źródłach i własnej wyobraźni (z tego, co wiem, to miejsce od lat już nie jest zamieszkane; niemniej mogę się mylić). W każdym razie pojechaliśmy dalej.

Dokąd? Znów wiele kilometrów przed siebie, na północ, aż w powiat garwoliński. Do Piotrówka! To tutaj, na skraju wsi, nieopodal dawnej kuźni poległ major Marian Bernaciak. Zginął w południe – dnia 24 czerwca 1946 roku. Osaczony przez LWP, MO i UB nie miał szans. Wracał furmanką z odprawy w Życzynie, koń zgubił podkowę. Pięciu partyzantów (wraz z jednym znajomym) zajechało do kowala, niestety na przybyszy doniósł władzy „ludowej” sołtys Maraszek. „Orlik” został postrzelony z diegtariewa w ramię i nogę podczas próby ucieczki do lasu. Nie chciał żywcem oddać się w ręce komunistów. Strzelił sobie w głowę z pistoletu. Dziś w tym miejscu stoi pamiątkowy krzyż. A ponadto przy drodze asfaltowej, ze dwieście metrów od krzyża w polach, znajduje się pomnik. To miejsce zrobiło na mnie największe wrażenie. Tutaj naprawdę można poczuć i samą historię, i jej tragizm… Na pewno ten wątek będę literacko eksploatował. Pierwotnie miałem nawet rozdział z Piotrówkiem w I tomie, ale go wyciąłem. Wróci jednak w drugiej części.

Z Piotrówka pojechaliśmy do Ryk. Miasto rodzinne adiutanta i zastępcy komendanta – porucznika Wacława Kuchnio „Spokojnego”. Wraz z przyszłym majorem obaj panowie uczęszczali tu do szkoły powszechnej. A w czasie okupacji niemieckiej Marian Bernaciak prowadził w Rykach księgarenkę, będącą przykrywką dla intensywnej działalności konspiracyjnej. Nie jestem pewien, lecz zdaje mi się, że odnalazłem budynek, w którym znajdował się ów sklep „Orlika” (gwoli ścisłości należy zaznaczyć, że wtedy używał on jeszcze pseudonimu „Dymek”). W Rykach bardzo mi się spodobało. Kusi, aby w kolejnym tomie to miasteczko fabularnie wykorzystać. Prawdopodobnie jedna ze współczesnych postaci książkowych tutaj właśnie osiądzie.

No i na koniec Las Stocki. Słynna bitwa powstania antykomunistycznego. Jedna z największych, o ile nie największa. W ten rejon dotarliśmy już na koniec eskapady – 3 maja. Właściwie w drodze powrotnej do domu. Tu też czuć historię. Połaziłoby się po tym całym obszarze na spokojnie, nie ma co ukrywać. Tylko trzeba czasu. Być może w okresie urlopowym coś wykombinuję, kto wie… Kusi, kusi, aby wrócić. Wokół samych Puław zostało tyle intrygujących zakątków, do których nie dotarliśmy, że nie ma co – trzeba będzie wrócić!

Na zakończenie wyprawy Kazimierz Dolny. Tłumy ludzi. Drogie parkingi. Pełno straganiarzy, kupa szmelcu i badziewia. Architektonicznie ładnie, urok jest, tyle że ja o wiele bardziej wolę zakątki kameralne. No i bardziej świadome obcowanie z historią. Kazimierski odpust jakoś mnie nie urzekł.

Przywiozłem trochę materiału (zdjęcia i filmiki). Część prezentuję poniżej w formie galerii. Jednak tylko stosunkowo małą, wyselekcjonowaną, starannie przebraną. Co będzie z resztą – zastanowię się. Zobaczę. Nie wykluczam, że zmontuję jakiś materiał video i gdzieś go wrzucę na neta. Chodzi mi trochę po głowie uruchomienie w przyszłości własnego kanału na YouTube. Ale to wymaga i energii, i czasu. Ja jednak głównie chcę pisać. Więc sprawa się komplikuje, bo musiałbym dodatkowo ślęczeć nad multimediami. A że jestem wymagający i zawsze stawiam sobie wysoko poprzeczkę, nie zamierzam wypuszczać w eter byle czego… Jeszcze się zobaczy.

Tak czy siak, największą zdobyczą majowej wycieczki jest masa obserwacji, które już w niedalekiej przyszłości postaram się przekuć na prozę, a co za tym idzie: na ekscytującą przygodę literacką.

Dodaj do zakładek Link.

4 odpowiedzi na „Szlakiem bojowym majora „Orlika”

  1. sp6stg mówi:

    Zawsze interesowała mnie historia majora Mariana Bernaciak.”Orlik” działającego na Lubelszczyżnie wraz ze swym oddziałem żołnierzy podziemia niepodległościowego. A tu pięknie przedstawiona historia Polaka i żołnierzy powstania niepodległościowego ! Pozdrawiam. Cześć i Chwała Bohaterom !

    • Rafał Socha mówi:

      Dziejom zgrupowania „Orlika”, jak i samemu komendantowi, poświęcono już co najmniej kilka książek (w tym doskonała biografia autorstwa Mirosława Suleja czy wielokrotnie wspominana tutaj przeze mnie na blogu książka Jerzego Ślaskiego). Każdemu zainteresowanemu postacią Mariana Bernaciaka polecam je więc z czystym sumieniem. Natomiast moje zainteresowanie „Orlikiem” zaczęło się nietypowo – jako kolekcjoner tomików Biblioteki Żółtego Tygrysa natknąłem się cztery czy pięć lat temu na paszkwil Z. Strześniewskiego pt. „Orlik zostawia ślad”. Zacząłem dociekać prawdy, tematyka powstania antykomunistycznego na Lubelszczyźnie mocno mnie wciągnęła. W efekcie dojrzałem do pomysłu napisania własnej książki (beletrystycznej), w której gościnnie pojawiają się m.in. dawni bohaterowie podziemia niepodległościowego (komendant Marian Bernaciak oraz jego najlepszy przyjaciel i adiutant – porucznik Wacław Kuchnio „Spokojny”).

  2. geoganek mówi:

    To jest piękna relacja i na pewno była też piękna wycieczka. Takiego weekendu majowego można tylko pozazdrościć.:-)

    Posiadanie własnego kanału na YouTube jest bardzo dobrym pomysłem. Dziś dla wielu osób: twórców, dziennikarzy, publicystów, komentatorów politycznych, które nie mają dostępu do mainstreamowych mediów, to właśnie YouTube jest serwisem, który pozwala im zaistnieć. Nie chcę nikogo reklamować, ale sam oglądam regularnie kilka – świetnych – kanałów na YouTube. Oczywiście prowadzenie takich na odpowiednim poziomie zabiera sporo czasu i energii.

    🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *