Let’s change the show

Celem odsapnięcia od monotematycznych wpisów warsztatowych, gdzie donoszę o mało wymiernych zmaganiach z tworzywem literackim, dzisiaj chciałbym odświeżyć kategorię muzyczną: Miles Kane i album Change the Show.

Płyta ukazała się w styczniu, ale jakoś mi umknęła. Nie nabyłem od razu. To czwarty album studyjny muzyka, którego poczynania śledzę od około dekady, głównie za sprawą współpracy z Alexem Turnerem w ramach projektu The Last Shadow Puppets, ale i nie tylko – także udanej debiutanckiej płyty solowej pt. Colour of the Trap (2011).

U Kane’a różnie bywało – to rockowo, to popowo, to hałaśliwie, to lukrowato… Nowy album trudno zdefiniować w sposób klarowny. Nie ma tu piosenek, które wpadają w ucho od pierwszego odsłuchu, nie jest to żaden britpop w stylu Don’t Forget Who You Are (2013), ale i nie ma miejsc, które by odstawały bądź raziły „na dzień dobry”. Album jest w ogóle przyjemnie krótki (37 minut), utwory też raczej standardowe, ani jednej dłużyzny, co dla mnie – jak gdyby na wejściu – zawsze przydaje szczypty obiecującego handicapu, a niekiedy wręcz zwiastuje coś pozytywnego.

Album jest oczywiście solową produkcją Milesa Kane’a, lecz – o zgrozo! – z początku najbardziej irytował mnie na niej właśnie solowy wokal Milesa Kane’a. No bo aranże dobre, ciekawe, pomysłowe, urozmaicone, ze smaczkami, a tu lekko manieryczny, przewidywalny, nie zawsze idealnie harmonizujący z obraną konwencją muzyczną, jak gdyby niepotrafiący wyzwolić się spod wrodzonych ograniczeń śpiew artysty. Na tle przyzwoitego tła muzycznego wypada (wypadał?) blado… Przynajmniej na starcie. Kolejne odsłuchy szczęśliwie działają już raczej na korzyść.

Nie będę rozbierał na czynniki pierwsze poszczególnych kompozycji. Nie są one wybitne, lecz całościowo poprawne, zgrabne, miejscami może i błyskotliwe. Album jest bardzo spójny. Bardzo. To zawsze duży plus. Już abstrahując od wspomnianej, ogólnej, powierzchownej kongruencji materiału, jakby wchodząc głębiej, przy niektórych numerach miewam wrażenie, że Miles zbyt jaskrawo czerpie ze stylu i konwencji aranżacyjnej, jaką wypracował wraz z Alexem w Last Shadow Puppets, szczególnie tej z drugiego wspólnego krążka pt. Everything You’ve Come to Expect (2016). Aczkolwiek trzeba uczciwie zaznaczyć, że tym razem Turner nie pomagał koledze przy solowym dziele, jak bywało wcześniej (a przynajmniej nic mi nie wiadomo, żeby lider Arctic Monkeys maczał palce w LP Change the Show).

Każdemu fanowi tej płyty przypadnie do gustu zapewne co innego. Żeby nie popadać w przesadę, wyróżniłbym cztery utwory:

  • (1) Tears Are Falling (odważny ruch, bo to otwarcie płyty –  a tymczasem spokojnie, bardzo spokojnie, bez wariactw, z subtelną melodią, która została obudowana lennonowskim klimatem, miląc się bezczelnie do słuchacza)
  • (6) Tell Me What You’re Feeling (zawsze czekam niecierpliwie na ten właśnie kawałek; wprawdzie trochę jakby za szybko zagrany, numer można było ociupinkę zwolnić, lecz w nagrodę i tak otrzymujemy nastrój iście doorsowski, właściwie późnodoorsowski, coś à la L.A. Woman i Other Voices)
  • (8) Change the Show (utwór słusznie obrany na tytułowy, choć nie jest to singlowy killer, który z miejsca pociągnąłby promocję za uszy; jednak im dłużej obcujesz, tym natarczywiej za tobą chodzi; wbrew pozorom nie jest łatwo napisać taką piosenkę)
  • (11) Adios Ta-ra Ta-ra (delikatne, wysmakowane, świetne zakończenie krążka, choć owa „świetność” w pełnej krasie ukaże się słuchaczowi dopiero po wielokrotnym skonsumowaniu całości).

Płyta Change the Show towarzyszy mi przez cały czerwiec, zaprzyjaźniliśmy się. Mocny punkt w dyskografii Milesa Kane’a. Polecam poszukiwaczom przyjemnych i nieoczywistych brzmień spod znaku nieagresywnego brytyjskiego rocka.

Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.