Piosenka na zamówienie

Oprócz opowiadań i powieści pisuję też teksty piosenek. Kiedyś były to kompletne utwory, z muzyką i słowami, które wykonywałem z towarzyszeniem gitary akustycznej, na potrzeby studyjne aranżując, dogrywając i dokładając jeszcze pozostałe ścieżki. Nie licząc pojedynczych demówek oraz singli, zdarzyło mi się nawet nagrać i wydać pełnoprawny album muzyczny (Zbieram na piwo – wydawnictwo SFERA, Łódź 2010). Od dawna już jednak nie muzykuję, chociaż pisanie tekstów dalej pociąga mnie i bawi. Idąc tym tropem, chętnie podjąłbym się ułożenia słów do muzyki dla ambitnej, chcącej się rozwijać grupy bądź też solowego artysty na dorobku (uznanemu wykonawcy naturalnie tym bardziej nie odmówię). Piszę po polsku – najlepiej w szeroko rozumianych klimatach rockowych lub popowych, choć nie mam znów aż tak sztywno ustalonych wymagań co do gatunku muzyki (w rocku i popie po prostu najlepiej się czuję). Za swoją pracę nie oczekuję natychmiastowej zapłaty, ale stawiam jeden podstawowy warunek – zachowuję pełnię autorskich praw osobistych oraz majątkowych do wszystkich stworzonych przez siebie utworów i zależnie od komercyjnego powodzenia nagrania – liczę na przysługującą mi w przyszłości, należną tekściarzowi część autorskiego honorarium. W grę wchodzić może pojedynczy kawałek, może być ich kilka, może być cały longplay. W sumie najlepiej, jeśliby chodziło o całą płytę, bo generalnie traktuję albumy jako zwarte koncepty, nie zaś zbiory przypadkowych piosenek z różnych bajek. Więc jeśli ktoś byłby zainteresowany oryginalnym, dobrym warsztatowo, ciekawym tekstem do swojej kompozycji, zachęcam do skontaktowania się ze mną – albo poprzez formularz na niniejszym blogu, albo za pośrednictwem autorskiego fanpejdża. Po zapoznaniu się z materiałem muzycznym oraz ewentualną wizją tekstu wokalisty (bądź autora muzyki) na pewno dogramy wszelkie szczegóły. Aby nie być człowiekiem gołosłownym, jako próbki zamieszczam poniżej komplet 12 tekstów z płyty Zbieram na piwo.

* * *

FAHRENHEIT 451

Pożycz książkę jedną mi, albo lepiej dwie
Będę czytał całe noce i całe dnie
Ja bardzo kocham książki, wiele w domu mam
Wpadnij kiedyś do mnie, na pewno coś ci dam

Czytam co popadnie, nie wybrzydzam wcale
Nie chodzę do kina, olewam seriale
Bo bardzo kocham książki, długi regał mam
Wpadnij kiedyś do mnie, na pewno coś ci dam

Na szczycie stoję wielkiej góry
Dookoła mnie tylko chmury
W obłokach osiem godzin tkwię
Ze zwyżki widzę świat z wysoka
Jak w opowieściach, które kocham
I które pochłaniają mnie

Nie jestem strażakiem, choć chciałem kiedyś być
Naprawiam latarnie, bo trzeba z czegoś żyć
Ludzie powiadają, że kaganek niosę
Gdy pomost roboczy wznosi się nad szosę

Na szczycie stoję wielkiej góry
Dookoła mnie tylko chmury
W obłokach osiem godzin tkwię
Ze zwyżki widzę świat z wysoka
Jak w opowieściach, które kocham
I które pochłaniają mnie

* * *

SZEŚĆ TYGODNI W BALONIE

Uciułałem sobie na kurs
Przekroczyłem LOK-u progi
Zaczynamy nowy turnus
Uciekajcie ludzie z drogi

Gdy siedzę za kółkiem na trasie, nogą przyciskam gaz
Nic mnie nie trzyma, nic tylko ten bezwładnościowy pas
Gnam przed siebie po drodze dziurawej, tir popędza mnie
Koła się trą o koleiny, a mój instruktor klnie

Na wykładach gimnastyka
Salsę tańczą uprawnieni
Sugestywnie gra muzyka
A światełko się zieleni

Gdy siedzę za kółkiem na trasie, nogą przyciskam gaz
Nic mnie nie trzyma, nic tylko ten bezwładnościowy pas
Gnam przed siebie po drodze dziurawej, tir popędza mnie
Koła się trą o koleiny, a mój instruktor klnie

Płynie tydzień po tygodniu
My lecimy w dal balonem
Nie odwracaj się przechodniu
Tylko machaj w naszą stronę

* * *

PLAŻA

Jestem taki dziś szczęśliwy, mogę z wami być na plaży
Jestem taki dziś szczęśliwy, nie wiem co się jeszcze zdarzy
Widzę tłumy zaślepione ultrafioletowym słońcem
I dziewczyny opalone, ach jak chciałbym mieć pieniądze

Wszystko wtedy, absolutnie
Byłoby dziecinnie łatwe
Wszystko wtedy, absolutnie
Mógłbym wziąć na moją tratwę

Jestem taki dziś szczęśliwy, mogę z wami być na plaży
Jestem taki dziś szczęśliwy, nie wiem co się jeszcze zdarzy
Widzę tłumy zamroczone oparami słonej wody
I dziewczyny napalone na kolejny okrzyk mody

Byle tylko mieć pieniądze
A do tego szczyptę sławy
Wtedy nawet skryte żądze
Słodko by przede mną mdlały

Moją wyspę z każdej strony
Otaczają hektolitry
Nie mam łodzi by przemierzyć staw
Może jestem zbyt szalony
Czasem kocham morskie blichtry
Jednak nie potrafię płynąć wpław

* * *

ZBIERAM NA PIWO

Mam gitarę, potargane spodnie
Pięć akordów umiem grać swobodnie
Siedzę w parku na chodnikowej płycie
Zbieram na piwo, czy mi coś rzucicie?
Siedzę w parku na chodnikowej płycie
Może do kapelusza coś wrzucicie?

Mam przyjaciół takich samych jak ja
Też zbierają na co się tylko da
By żyć bez trosk, jak żyją młode kwiaty
Niewiele jeść i spać bez karimaty
Konwencjonalne olewać klimaty
Żyć na full, a nie na lichwiarskie raty

Siedzę w parku na chodnikowej płycie
Zbieram na piwo, czy mi coś rzucicie?
Siedzę w parku na chodnikowej płycie
Może do kapelusza coś wrzucicie?

* * *

KAWAŁEK PROSTEGO BITU

Kumpel mi poradził w przypływie szczerości
Abym punka zdradził dla komercyjności
Sprzedaj, mówi, mayonesa, po co ci ten gnat?
Kup se lepiej gramofony, zawojujesz świat

Już zamawiam zestaw najlepszych winyli
W sklepie dla didżejów, to mi się opyli
Do skate-shopu wbiję też po bluzę z kapturem
Jakoś zamaskuję mą punkową naturę

Kolczyk sobie strzelę i szerokie spodnie
Wielomilionową będę miał widownię
Młode suczki zleją się, gdy zapodam ryma
Jak wygląda prawdziwa z policją zadyma

Z rockowej klasyki skroję wszystkie bity
Bez niczyjej zgody, na co komu kwity
Taki to już ten nasz lajf, że liczy się flota
Jak nie czaisz bazy, ziom, toś zwykły idiota

* * *

ZIELONA SUKIENKA

Zrywałem się wczesnym rankiem, żeby jak duch
Czatować i śledzić każdy ruch
Zieloną sukienkę widziałem jeden raz
Zielono mam w głowie, zielono pierwszy raz

Przewracał mnie najzwyklejszy wiosenny dmuch
Podnosił na duchu mocny chuch
Zieloną sukienkę widziałem jeden raz
Zielono mam w głowie, zielono pierwszy raz

Zobaczę ją, a ona mnie
Ja wiem, że ona wie
Pójdziemy tam, gdzie słońca blask
Gdzie księżyc utuli nas

Zobaczę ją, a ona mnie
Ja wiem, że ona wie
Pójdziemy tam, gdzie słońca blask
Gdzie księżyc utuli nas

* * *

KLEJ

Tak mi źle, tak mi smutno bez niej
Śmieją się ludzie wokół ze mnie
Nie umiem spojrzeć im w twarz

Mój patefon dawno przestał rzęzić
A telefon coraz mocniej mierzi
Jak smycz zaszczutego psa

Mówiła mi: nic a nic między nami
Mówiłem jej: jesteś jak wąchany klej

A więc trzaskam wszystkie lustra w domu
A więc szukam kolejnego tomu
Fabuły smętnej jak noc
Co ciąży mi jak kloc

Mówiła mi: nic a nic między nami
Mówiłem jej: jesteś jak wąchany klej

* * *

SPAM

Nie obchodzi mnie cały świat
Niechaj myślą, że mi bije w dekiel
Co z tego, że cię znam od lat
Skoro wciąż tak jakoś nie najlepiej?
I wstydzę się powiedzieć ci
Jak bardzo jestem zakochany
Wstydzę się tych pustych dni
Kiedy patrzę w lustro totalnie załamany

Zawsze kiedy stroisz miny, co permanentnie ignorują mnie
Czuję się jak e-mailowy spam kasowany automatycznie

Bez wysiłku rozbrajasz mnie
Więc chowam niepoprawną dumę
Czy ty wiesz, że twoje „nie”
Rozkłada mnie jak rozpuszczalnik nitro gumę?

Zawsze kiedy stroisz miny, co permanentnie ignorują mnie
Czuję się jak e-mailowy spam kasowany automatycznie

Smutne oczy niekiedy masz
Czasem tak przedziwnie rozmarzone
Coś pod smutkiem tym ukrywasz
Coś nie w pełni chyba zamierzone
I myślę sobie wtedy jak
Jak bardzo bywasz nieszczęśliwa
Szepnij do mnie słodkim „tak”
A wydarzy się rzecz pozornie niemożliwa

* * *

TRAMWAJ

Siadam na twardej ławce w cieniu
Drzewa, co znało po imieniu
Wracam do niezbyt rozsądnej genezy gry
W miłosne kalambury

Tępy żal wykręca bebechy
Nie wiem, czy znajdę błysk pociechy
Po tym jak od niechcenia pokazała mi
Coś w stylu „c’est la vie”

I teraz kiedy na gitarze gram
Marsjański chłód informuje mnie
Że imię jej magister inżynier
I teraz kiedy medytuję sam
Szukając farbowanych włosów
Przygarnia mnie dziewczyna z fotosu

Zostawiam twardą ławkę w cieniu
Drzewa, co znało po imieniu
Zerkam w dal, skąd jak na haju machała mi
Bez żalu przez szklane drzwi
Tramwaju, tramwaju

* * *

JESIEŃ

Nie mogę spać
Jeszcze łyk niesłodzonej kawy
Jesienna szadź
Świt niemrawy

Otwieram drzwi
Wciągam w płuca miał węglowy
Ulica śpi
Snem matowym

Wciąż gubię coś
Czego nie posiadałem dotąd
Podświadomość
Daleko stąd
Daleko stąd
Daleko stąd…

* * *

400 GRAM NADZIEI

Na pudełku po kefirze
Z panoramą dzikich gór
Ty i ja jesteśmy bliżej
Opasani wstęgą piór

Czterysta gram nadziei mam
Nieskonsumowanej, przeterminowanej
Sorry madame, sorry za chłam
Stereotypowy, średnio odlotowy

Na pożółkłej fotografii
Młody żołnierz idzie w bój
I choć pragnie, nie potrafi
Walczyć o ideał swój

Czterysta gram nadziei mam
Nieskonsumowanej, przeterminowanej
Sorry madame, sorry za chłam
Stereotypowy, średnio odlotowy
Nieskonsumowanej, przeterminowanej
Stereotypowy, średnio odlotowy

W zatłoczonym korytarzu
Bezrobotny cywil śpi
Potajemnie śni o stażu
Co przyniesie lepsze dni

* * *

PROMENADA PSEUDOBOHATERÓW

Szkoła, dom, polityczny zamęt
Płyty, pióro i atrament
Dzień, noc i mroźna zima
Płatki śniegu, w nich dziewczyna

Nie idź za mną, przyjacielu
Ja się błąkam gdzieś bez celu
Promenadą Pseudobohaterów

Brzmienie Seattle, garaż, długie hery
Za wysoki próg kariery
Dzień, noc i znowu zima
Grzany browar, aspiryna

Nie idź za mną, przyjacielu
Ja się tułam wciąż bez celu
Promenadą Pseudobohaterów

Mam już chyba z pół szuflady
Bardzo gorzkiej czekolady
Którą zjem na końcu Promenady

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *